11.12.19

Nie, no, takie coś to mogło przytrafić się chyba tylko mnie. 😬🙄🤪

Kilka tygodni temu, miałam wieczorem odebrać męża z lotniska w New Jersey (z naszego domu w Massachusetts, to mniej więcej 3 godziny drogi bez korków). Od rana w ten dzień były Wielkie Przygotowania na Powrót Męża z Polski. Co prawda, nie było go tylko około dwóch tygodni, no ale po takiej długiej podróży miło przecież wrócić do czystego domu. A że przy trójce dzieci czysto nie jest w domu prawie nigdy...😂😂😂...postanowiłam mu zrobić niespodziankę i tak porządnie cały ten bałagan opanować. Wyobraźcie sobie że nawet udało mi się złożyć pranie—zaraz po tym jak je wyciągnęłam z suszarki!!! Wiem, wiem, niewiarygodne, ale naprawdę tak było. 😉🙃

Po prostu w ten dzień, byłam nadzwyczajnie zorganizowana (czytaj: w ten dzień dzieci oglądały więcej telewizji niż zwykle 😏), i pół godziny zanim miała przyjechać niańka, miałam już wszystko zrobione.

Wszystko szło tak dobrze jak nigdy.

Ale została jeszcze jedna rzecz do zrobienia—nabić powietrze do opon w aucie, ponieważ świeciła się kontrolka. (A że świeciła się od tygodnia to już drobny szczegół. 🤫😉) W sumie planowałam to zrobić dopiero w drodze na lotnisko, ale, mając to dodatkowe pół godziny, postanowiłam że będę super-zorganizowana i zrobię to właśnie wtedy.

Więc zapakowałam dzieciaki do “weniora” i sru na stację. Duma ze swojego zorganizowania aż mnie rozpierała. 😁

Parkuję na stacji, wysiadam (dzieci oczywiście też chcą), mniej więcej wiem jak to zrobić ale szybko czytam instrukcje na tym całym kompresorze powietrza. Daję dzieciom pieniądze żeby wrzuciły, odkręcam zakrętkę na oponie, podłączam wężyk, słyszę świst, opona napełnia się powietrzem. W tym czasie najstarszy syn obserwuje ekranik na kompresorze. Ma mi powiedzieć kiedy ciśnienie w oponie będzie już prawidłowe.

Nagle krzyczy, “Mama, już! Jest!”

Więc szybko pociągam tym węrzykiem żeby go odłączyć od opony.

I wtedy słyszę przerażający odgłos.

Syczenie. Gwałtowne i głośne i nieprawdopodobnie szybkie syczenie. 🥶😱😨 W środku umieram.

“Mama, co się dzieje?”

Wpycham zakrętkę, próbuję przykręcić, ale nic, cholera, nie działa!!!! Trzymam ją tam na siłę, klnąc na głos w obu językach, z szaleńczą zgrozą w oczach rozglądam się po stacji, panicznie myślę co tu robić!

Bo jeżeli tylko popuszczę tą zakrętkę chociaż troszeczkę, to powietrze jakimś sposobem ucieka z opony. Zakrętki nie idzie w żaden sposób dokręcić. A za pół godziny mam wyjechać po męża na lotnisko. 😳😬😧😲

Karzę najstarszemu synowi przytrzymać zakrętkę, chcę kogoś poprosić o pomoc, o—tam jakiś facet tankuje paliwo, może będzię wiedział o co chodzi, zaczynam iść w jego stronę, wołam, “Excuse me!”, wtedy syn za mną się drze że nie może utrzymać tej zakrętki, nie może!!! Ciśnienie za wielkie na jego małą rączkę. No i w jednej minucie z opony zostaje jedynie flak. Kompletny kapeć. Dupa!!!! 😤🤬

Wiecie jakim cudem udało mi się takie coś zrobić? Okazało się że jak odłączałam ten węrzyk od opony, pociągnęłam za mocno i urwałam to coś co trzyma powietrze w oponie. 🤦‍♀️🤦‍♀️🤦‍♀️

Facet bardzo miły, proponuje że założy mi koło zapasowe. No ale, chwileczka. Gdzie w ogóle w tym mini-vanie jest ulokowane koło zapasowe?! Bo z tyłu nigdzie nie ma. Oczywiście teraz to już dzidziuś (1 roczek) ma dosyć siedzenia w foteliku, zaczyna płakać, więc odpinam go, trzymam jedną ręką na biodrze a drugą szukam w schowku książeczkę od obsługi samochodu. Przekartkowuję strony, dzidziuś cały czas płacze, ja prawie też, w końcu z facetem wyczajamy że koło zapasowe jest pod spodem auta, trzeba przesunąć wycieraczki z podłogi za przednim siedzeniem (najpierw oczywiście wszystkie dziecięce graty 😆), i wtedy dopiero gdzieś tam dogrzebać się do zakrętki która trzyma to koło zapasowe pod autem. 🙄

Facet bierze się za to ale trochę musi się namocować, jest w średnim wieku i trochę przy sobie i wkrótce zaczyna dyszeć przy tym wszystkim, więc mówię do niego że jak nie da rady to nic się nie dzieje, coś innego wymyślę. Ale jak już wspominałam, facet bardzo miły więc zapewnia mnie że nie ma problemu. W końcu udaje się. 😁🤩🥳

Niestety, zflaczałej opony to już facet nie daje rady odkręcić. Dwie śruby mu zostały, tłumaczy mi że ktoś musiał złego klucza do nich kiedyś użyć i teraz te kanty na śrubach są takie wygładzone, próbuje mi pokazać o co chodzi 🙄🙄🙄, ja tylko przytakuję bo dziecko mi dalej płacze a ja panicznie myślę jak tu się dostać na to lotnisko żeby się nie spóźnić. Bo w między czasie zadzwoniłam do niańki, wytłumaczyłam sytuację, poprosiłam żeby przyjechała po nas na tą stację. Wenior musiał tam zostać na noc, a samochód niańki niestety nie nadawał się na tak długą podróż do New Jersey. 😩😕😢

No ale dobra. Najpierw żeby dostać się z tymi dziećmi do domu. Miłemu panu dziękuję z całego serca za pomoc, zapewniam że jest okej że nie udało się wymienić opony bo tak czy tak na zapasówce nie mogłabym pojechać na lotnisko. Przyjeżdża niańka, wtedy oczywiście jeszcze całe ceremonie żeby przerzucić trzy foteliki z jednego auta do drugiego, a w tym wszystkim to jeszcze portfel mi się gdzieś zawieruszył bo czemu nie (okazało się że wrzuciłam go do schowka 🤦‍♀️). Byłam naprawdę bardzo bliska łez. Co ja mówię. Byłam bliska kompletnego załamania nerwowego!!! Wyjeżdżając z tej stacji obliczałam tylko w głowie czy było wystarczająco dużo wina w domu na później.

Jak zajechałyśmy z niańką i dziećmi do domu, była prawie szósta. Samolot męża miał lądować o 8:30. Wiadomo, od razu nie wyjdzie, jeszcze przez kontrolę musi przejść, na bagaż poczekać, więc był cień szansy że zdąrzę pomimo wszystko i nie będzie musiał na mnie czekać. Nie wiem czy po Was spóźnił się kiedyś ktoś na lotnisko po tak długiej podróży, ale z własnego doświadczenia zapewniam że jest to naprawdę niefajne uczucie. Chciałam mu tego oszczędzić. 💕

No ale czymś musiałam na to lotnisko dojechać. Auto męża stało pod domem kolegi godzinę od nas, nie znałam nawet numeru do niego więc ta opcja odpadała. W kuchni przy stole oparłam głowę o ręce, zamknęłam oczy, i starałam się głęboko oddychać. 😕😞

Nagle ze stu-procentowym przekonaniem wiedziałam co zrobić. Powiedziałam niani że zaraz wrócę, wybiegłam z domu, i poszłam do sąsiadek które mieszkają obok nas, takie młode małżeństwo z dzidziusiem ciut młodszym od naszego. Nie znamy się zbyt dobrze. Wprowadziły się na nasze osiedle półtorej roku temu, zawsze jak widzimy się na dworzu to oczywiście porozmawiamy; raz pożyczyłam od nich termometr, to raz one przyniosły jakieś ciasto, niedawno dopiero po raz pierwszy były u nas na kawie. No ale tak naprawdę to się nie znamy. Jednak gdzieś głęboko w środku byłam przekonana, że jak poproszę te prawie obce osoby, żeby pożyczyły mi samochód którym wtedy pojadę do New Jersey, zgodzą się bez żadnego problemu.

I tak było. Jak tylko otworzyły drzwi to od razu zmartwiły się co się stało, zanim nawet skończyłam opowiadać, zanim zdąrzyłam poprosić, to jedna z nich powiedziała, “Potrzebujesz samochód.” I bez zastanowienia mi go dały, nie wiedząc czy jestem dobrym kierowcą, jak jeżdżę, czy jestem odpowiedzialna, nic. Po prostu. Bez pytań, bezinteresownie—bo widziały że potrzebuję pomocy i tyle.

Mówię Wam, ilekroć będę wątpiła czy są jeszcze na tym świecie dobrzy ludzie, będę powracała do tego momentu. 💛💚💙💖

W każdym bądź razie, tak jak to mawia moja mama, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. 😉😎 Na lotnisko zajechałam o 9:30, całą godzinę później niż zamierzałam. Ale akurat tak się złozyło, że mąż do mnie zadzwonił właśnie jak zjeżdżałam z autostrady, więc nie musiałam nawet parkować na parkingu tylko zajechałam prosto po niego bo dosłownie dopiero co wyszedł.  

Wsiadł do auta. Wytłumaczyłam mu co się wydarzyło, a on na to, “O. Ale nie musiałaś dobijać powietrza. Kontrolka przeważnie się zapala gdy robi się zimno.” 🙄🤦‍♀️😂 No, ale przynajmniej nie musiałam płacić za parking!

Niestety, koszt naprawienia opony?

Sto trzydzieści dolarów. 🤦‍♀️🤦‍♀️🤦‍♀️

Wspomnienia tego wieczoru?

Bezcenne. 🥰😄😊😁🤣


Jeśli chcesz dostawać powiadomienia o nowych wpisach na blogu “Prosto z Życia Wzięte,” zapraszam na poniższy link.