17.07.20

Gdy przyjechałam wczoraj z pracy, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Była 8:40 wieczorem i dzieci powinny już spać, albo chociaż przygotowywać się do spania. W domu pełno świateł. Na podjeździe do garażu brak naszego drugiego samochodu. Z walącym sercem wbiegłam do chaty i faktycznie, nikogo tam nie było. Zadzwoniłam do męża.

“Gdzie jesteście?” zapytałam z nutką paniki w głosie.

“Kotkę szukamy.”

Zamknęłam oczy i już czułam że mnie coś w gardle ściska.

“Jak to? Co się stało?!”

“Nie mam pojęcia, ale jakoś musiała uciec. Wszędzie ją w domu szukaliśmy, nie było. Mówiłem sąsiadom żeby mieli na uwadze, w razie jakby u nich na podwórku się znalazła. Przepraszam kochanie…”

“Wiedziałam że tak się staaaaaaaanieeeeee!” zawyłam, czując że serce dosłownie mi pęka. I znowu miałam 9 lat. 😔😢💔

Niesamowite jak bardzo można się przywiązać do zwierzątka w tak krótkim czasie. Mój pierwszy kotek, prawie 30 lat temu, nazywał się Kajtek. 😊🥰 Byłam w siódmym niebie gdy mama - która nie była fanką zwierzątek w domu - w końcu zgodziła się na kota. Niestety, moja radość nie trwała zbyt długo, ponieważ okazało się że Kajtek ma pchły. Rodzice próbowali różne szampony, obroże, cuda, ale w ostateczności zdecydowali że kot nie może pozostać w domu. Został wygnany na dwór. (Bo my to z północy jesteśmy dlatego nie na pole. 😂) “Kot był darmowy,” rodzice się śmiali, “ale za to pchły nieźle nas kosztują!” 🙄 Pewnego dnia gdy wróciłam ze szkoły, mama mi powiedziała, że kotka nie ma nigdzie na podwórku. Uciekł. Byłam załamana. 😢😢😢

Dlatego gdy mój mąż, trzy tygodnie temu, wrócił z pracy z kartonem, w którym był najbardziej uroczy kotek jakiego kiedykolwiek widziałam, od razu przypomniał mi się Kajtek i jak bardzo ubolewałam nad jego stratą. Zaczęłam rozglądać się ze zgrozą po naszym podwórku, lesie za domem, po dzieciach. Wypuszczą go z domu przez przypadek! Auto go rozjedzie! Niedźwiedzie go zjedzą! Do rzeki wpadnie i się utopi! Jak tu przywiązać się do zwierzątka gdy istnieje takie ryzyko?!

No i masz. Faktycznie, jakbym wiedziała że tak się stanie. Okrutny losie! Oczywiście zdawałam sobie sprawę, zalewając się wczoraj łzami, że dzieją się o dużo gorsze rzeczy na świecie, to nie jest żadna tragedia tak naprawdę że kot jakiś tam się zgubił. Ale w tamtej chwili, nic nie mogłam poradzić na ból który czułam. Wyobrażałam sobie naszą kochaną Coconut, jak może gdzieś chowa się w ciemnym lesie i trzęsie się ze strachu. 😔😔😔 A może ją już jakiś szop dopadł? Czy skunks?! Czy szopy i skunksy w ogóle jedzą koty? 🤔😆🙄

Mąż wrócił z dziećmi i trzeba było je położyć spać. Najstarszy - 9 lat - też załamany. “Nie wiem jak ja zasnę! Chyba się o 5 rano obudzę przez ten smutek…” 5-latek, widząc jak ja płaczę, skomentował, “No i kto nas teraz położy spać?”

Później, mąż jeszcze poszedł się przejść po osiedlu żeby poszukać kotka, a ja wrzuciłam post na grupę Facebookową naszej miejscowości, ze zdjęciami Coconut’a i z prośbą kontaktu jakby się gdzieś znalazła. 🙏🙏🙏 Postanowiłam sama spróbować ją jeszcze poszukać. Wyszłam na podwórko z latarką i patrzyłam w krzakach, pod schodami, w różnych zakamarkach, a potem jeszcze poszłam do lasu za domem. Poszłam ścieżką która prowadzi do rzeki, świecąc po zaroślach, cichutko wołając imię kochanej kotki przez łzy. Nie wierzyłam że ją tam znajdę ale musiałam coś robić. Gdy doszłam do schodków nad rzeczką, usiadłam, ponownie się rozbeczałam, nawet modlić się zaczęłam, przy tym obiecując że będę lepszą osobą jeśli tylko kotek się odnajdzie. 🙄

Wróciłam do domu zrezygnowana. Sprawdziłam post na Facebooku. Ktoś napisał że wrzuci post na jeszcze inną grupę, może tam ktoś coś. Ktoś inny napisał że to bardzo smutne, bo kotka taka malutka. 😞😕😢 Ktoś jeszcze żeby sprawdzić w kanapie, bo jej kotki weszły do kanapy w roku 1988 i ona nadal tego nie może przeżyć. 😄 “Ale potem wyszły wieczorem i żyły jeszcze 16 lat.” 🥰 Podziękowałam, odpisałam że mąż już sprawdzał w kanapie. Bo nasza Coconut na samym początku u nas w domu właśnie znalazła sobie takie miejsce w narożniku. Wchodzi gdzieś tam z tyłu i sobie drzemie. No ale sprawdzali przecież. Syn tam nawet wkładał rękę i nic. 🤷‍♀️

“A u góry, na strychu? A w piwnicy?” pytałam.

“Sprawdzałem wszędzie, naprawdę. Nie było jej. Sorry, kochanie, naprawdę, tak mi przykro.”

No nic. W następny dzień wydrukujemy jej zdjęcia, oblepimy osiedle, podzwonimy po schroniskach, zapytamy się sąsiadów czy możemy u nich na podwórkach jej poszukać - może znajdziemy.

Miałam już iść spać. Ale włączyłam jeszcze raz latarkę i zerknęłam pod kanapy, wołając cichutko, “Coconut…” To nawet nie była próba jej znalezienia. Przecież gdyby tam była to dawno by już wylazła. Słyszałaby jak płaczemy nad nią. Już ponad 5 godzin przecież jej nie było. To raczej była jakaś taka ostateczna prośba, a może wyrażenie tęsknoty.

“Coconut…”

Szmer.

Usłyszałam chyba jakiś szmer.

“Coconut?”

Znowu. 🤔

Patrzę pod kanapę, tam oczywiście pełno kurzu, jakieś karty, pionki od gry, jakaś bibułka. Aaa. To ta bibułka pewnie tak szmera. Chociaż…… Wkładam rękę pod kanapę żeby obmacać spód. Coś się w kanapie poruszyło!

“Coconut!!!!!” wołam.

Nawet nie dajemy jej szansy wyjść tam gdzie zawsze wchodzi tylko mąż od razu podnosi kanapę, rozrywa spód, i jest, JEST!!!! Nasza kochana kicia!!! 😍🤩🥳 I patrzy na nas jak na wariatów. 🤪😂

“Myślałam że sprawdzaliście w kanapie?” mówię do męża.

“No przysięgam, nie było jej tam.”

Podniosłam brwi. No bo przecież nieraz już były takie sytuacje rzeczy “zagubionych,” które potem zawsze magicznie znajdywały się na swoim miejscu.

No ale dobra. Może jednak kotka weszła do tej kanapy już po tym, jak tam sprawdzili. 🤷‍♀️🙃😉


Jeśli chcesz dostawać powiadomienia o nowych wpisach na blogu “Prosto z Życia Wzięte,” zapraszam na poniższy link.